Z wizytą u Dziadka Mroza na Białorusi

Andrzej Kłopotowski, "Miasta.gazeta.pl/bialystok", 28.12.2007

Stany Zjednoczone mają swój Disneyland. Francja Park Asterixa. Dania - Legoland. Białoruś może pochwalić się siedzibą Dziadka Mroza


Fot. Grzegorz Dabrowski/AG
Posiadłość Dziadka Mroza zajmuje
około 15 hektarów

Położona w środku białoruskiej części Puszczy Białowieskiej, około dziesięciu kilometrów od Białowieży, jest bez wątpienia najczęściej odwiedzaną atrakcją turystyczną obwodu brzeskiego. Tylko w jeden z grudniowych weekendów przed siedzibą wschodniego odpowiednika Świętego Mikołaja zatrzymało się dwieście autokarów, którymi przyjechało około ośmiu tysięcy gości! I nie jest to rekord. Latem wzdłuż drogi z Kamieńca do Kamianiuków, miejscowości będącej bramą do leśnych ostępów, autobusy potrafią stać w kilkukilometrowym ogonku!

Graniczny pijarowiec

Naszą przygodę z Dziadkiem Mrozem rozpoczynamy już na pieszym przejściu granicznym w Grudkach koło Białowieży. W sobotni poranek prócz kilkunastu turystów ciekawych białoruskiej części puszczy jest tu tylko kilku miejscowych trudniących się "drobnym handlem przygranicznym".

- O, turysty. Idziecie do naszego Dzieda Maroza? - zagaduje jeden z Białorusinów 60-latek, opatulony w ciepłą kurtkę, czapę i rękawiczki.

- Da, do Dzieda Maroza.

- Wszyscy tam jeżdżą. I Paliaki, i Giermancy i nawet Kitajcy

- Kitajcy?

- Da. Wszyscy ciekawi.

Nasz rozmówca kursuje rowerem na trasie Kamianiuki-Białowieża. Do Polski z litrem wódki i kartonem papierosów. Z powrotem z naszą żywnością. Do pokonania w jedną stronę ma jakieś dwadzieścia kilometrów.

- A nie zimno teraz tak na rowerze?

- Na początku tak, ale później, jak człowiek się rozgrzeje, to już nie czuje mrozu.

Rozmową skracamy czas kontroli białoruskich pograniczników. W końcu dostajemy stemple do paszportu i na piechotę, przez pas zaoranej ziemi oraz tzw. systemę - kilka rzędów zasieków z drutem kolczastym, wchodzimy na teren Białorusi, gdzie czeka już na nas mikrobus należący do białoruskiego Parku Narodowego Puszczy Białowieskiej.

Maszerow polował na kaczki, Chruszczow na kabany

To właśnie pracownicy parku zajmują się organizacją wycieczek po białoruskiej części puszczy. Samodzielne poruszać się po niej nie wolno. Wszak to strefa nadgraniczna. W kilku miejscach las jest wyraźnie przerzedzony. Ponoć to sprawka kornika. Po drodze nasza przewodniczka zasypuje nas ciekawostkami.

- Białoruska puszcza liczy 163 tysięcy 550 hektarów. Z tego 30 tysięcy hektarów to rezerwat. Do puszczy przyjeżdżał Maszerow (w latach wojny walczył w partyzantce, po 1945 roku m.in. pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Białorusi - red.), który uwielbiał polować na kaczki oraz Chruszczow, który polował tu na kabany (czyli dziki - red.). Specjalnie z myślą o Maszerowie, by miał gdzie oddawać się swojej pasji myśliwskiej, powstało sztuczne jezioro Lackie na rzekach Sołomianka i Pierewałoka. Ma powierzchnię 240 hektarów, ale było niezbyt głębokie, miało 1-1,5 metra głębokości. Dziś jest pogłębiane do 8-9 metrów. Przybędzie też jego powierzchni.

Zanim jednak bus dotrze do bajkowej krainy, zatrzymuje się jeszcze przy muzeum przyrody w Kamianiukach, w którym mamy okazję obejrzeć wypchane okazy zwierząt żyjących w leśnych ostępach. Obok w klatkach żywe żubry, niedźwiedzie, dziki, łosie, ryś i lis. Przed gmachem grupki białoruskich dzieciaków.

Disneyland po białorusku

Do siedziby Dziadka Mroza dojeżdżamy już po zapadnięciu zmroku. Nie jest to żadna skromna chatka skryta gdzieś w gęstwinie, lecz usytuowana na piętnastu hektarach maszynka do robienia pieniędzy. Przed wejściem stragany z pamiątkami - Mikołajami, czy raczej Dziadkami Mrozami w najróżniejszych postaciach - oraz knajpka z blinami. Ekipa cieśli buduje właśnie kolejne stragany. Oczywiście z drewna, by całe założenie utrzymane było w jednym stylu. Na parkingu przy muzeum kilkanaście autokarów. Wszystkie na białoruskiej rejestracji.

Gdy przebijemy się już przez otoczkę komercji, wchodzimy do bajkowego świata, którym dzieciaki są naprawdę zauroczone. Choćby rycerzami Dębem Dębowiczem i Wiązem Wiązowiczem - dwoma strażnikami, którzy strzegą masywnych wrót do siedziby Dziadka Mroza. Jak można przeczytać w broszurce o jego siedzibie przygotowanej przez park, zostali wyrzeźbieni z ulubionych drzew pogodnego starca przez mistrza Złotą Rączkę. Za nimi witają nas Śnieżka i siedmiu krasnoludków. Również z drewna. I w końcu - już prawdziwi - Dzied Maroz ze swoją wnuczką Śnieżynką na schodkach niedużego, drewnianego domku z rzeźbionym gankiem i obramowaniami okien, przyozdobionego 40 tysiącami lampeczek. Spotkanie z nim przypomina nieco audiencję u papieża. Dziadek z długą siwą brodą w czerwonym, haftowanym złotą nitką płaszczu i ciepłej czapie. Śnieżynka - odziana na błękitno uśmiechnięta dziewczyna, która mogłaby zawalczyć o tytuł miss Białorusi. Wodzą wzrokiem za fleszami aparatów fotograficznych. Z każdą z grup zamieniają jedynie kilka słów. Niektórzy wręczają Śnieżynce (zwanej tu Śnieguroczką) drobne podarki. Albo listy z prośbą o prezent.

- Witam was ja, Dzied Maroz, a to moja wnuczka Śnieguroczka - zaczyna. - Dziękuję za to, że nas odwiedziliście. A wiecie kto jest ojcem Śnieguroczki?

- Dzied Marooooooz - odpowiadają dzieciaki.

- Jak Dzied Maroz? Przecież bałwan - i pokazuje na ustawioną naprzeciwko jego chaty plastikową postać z wiadrem na głowie i marchewką zamiast nosa.

To właściwie koniec spotkania. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie, ale nie pojedynczo, jak z Mikołajem z Rovaniemi, lecz grupowo. Bo Dziadek Mróz jest - jak sam mówi - nie dla każdego z osobna, ale dla wszystkich razem.

Próbujemy porozmawiać z nim. Mówimy, że robimy reportaż do "Gazety". Kręci głową pokazując na zbliżające się co chwilę 20-30 osobowe grupki dzieciaków. W końcu znajduje wolniejszą chwilę. Na kilka sekund zabiera naszego fotoreportera do środka swojej rezydencji. Siada na tronie. Pozuje do zdjęć. Przy okazji odpowiada na kilka jego pytań.

- Dużo dzieci odwiedza dziadka?

- Dziś sto autokarów, na jutro też tyle samo jest już zapisanych.

- I daje dziadek radę spotkać się ze wszystkimi?

- Powoli już nie, ale na szczęście mam zmiennika.

- A jak się Dzied Maroz nazywa naprawdę?

- Dzied Maroz. Czekaj, z jakiej gazety jesteście?

- Z "Wyborczej".

- O, to pozdrówcie Adama Wajraka!

W bajkowym świecie

Ale na spotkaniu z Dziadkiem Mrozem wizyta w jego krainie wcale się nie kończy. Z myślą o zwiedzających przygotowano jeszcze dwie kolejne drewniane chatki. Do pierwszej - domku Śnieżynki - można zajrzeć tylko przez okno. W skromnym wnętrzu drewniane łóżko wnuczki. Na krześle obok siedzi znany z radzieckiej bajki krokodyl Giena. W drugiej chatce mieści się tzw. Skarbnica. Zgromadzono w niej prezenty, które przywiozły dzieciaki z całej Białorusi. Jest tu i żaglowiec w butelce, i ciężarówka-zabawka Biełaz, i zabawki ze słomy, i malowany kamień... Najciekawsze są jednak ściany, szczelnie zawieszone rysunkami dzieci, oczywiście z Dziadkiem Mrozem i Śnieżynką, którym często towarzyszą żubry. Oraz listami.

- "Dziadku Mrozie, przynieś mi zdrowie" - pisze Artur Sapożnikow.

- "Przyjdź obejrzeć naszą choinkę" - zaprasza Wania Machoń.

- "Proszę, by w tym roku zima była śnieżna, żeby można było jeździć na sankach" - prosi Irina Kriukowicz z Parafianowa.

Listy przychodzą tu praktycznie od początku istnienia siedziby - została otwarta dla zwiedzających w grudniu 2003 roku. Tylko w ubiegłym roku było ich około 18 tysięcy! W tym ciągle są dowożone. I - jak zapewniają przewodnicy - wszystkie są dokładnie czytane. Mało tego. Nadawca dostanie odpowiedź! Zaś każdy, kto tu dotrze, może zrobić sobie zdjęcie w fotelu, w którym staruszek czyta i odpisuje na listy.

Magiczna ścieżka, przy której aż roi się od baśniowych postaci - kogutów, krasnoludów, księżniczek zaklętych w żabę, niedźwiedzi - ciągnie się dalej. Na pobliskim pagórku każdy ma okazję dosiąść zaprzężonych w łosia sań Dziadka Mroza. Wprawdzie drewnianych, ale ponoć gdy zasiada w nich sam właściciel, te w magiczny sposób ożywają. Na końcu ścieżki 150-letnia sosna. Wysokie na 40 metrów drzewo oświetla pięć tysięcy światełek. Wokół niej koniecznie trzeba zaśpiewać piosenkę "W lesie wyrosła choinka", a pomyślane w tym czasie życzenie na pewno się spełni. Jeszcze więcej szczęścia ma przynieść przejście po moście życzeń. Przewodnicy obiecują, że ile kroków na nim zrobimy, tyle naszych marzeń się ziści... Marzeniem wielu dzieciaków jest z pewnością jak najdłuższy pobyt w tej baśniowej krainie. Niestety. Wieczorem trzeba wracać do rzeczywistości.

Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok


Write Your opinion / comment / idea to the Website's Forum